ROZBRAT

historia
skłot

kolektyw

biblioteka
galeria

INICJATYWY
ACK
Antywojenna
Obiadki filmowe
FC Rozbrat
Jedzenie Zamiast Bomb

Oficyna "Trojka"

Pracownicza
Region

Rowerowa
Samba
SIS "Ulica"
ARCHIWUM

kalendarium
relacje imprezy
foto.rozbrat
.org
przegląd prasy
publicystyka
ulotki
wydawnictwa

HURTOWNIA
KONTAKT
LINKI











katalog i informacje







główna
zapowiedzi
english

10.12.2005
Brutalna pacyfikacja Marszu Równości w Poznaniu

"Zomo! Gestapo!" krzyczeli uczestnicy Marszu Równości do brutalnie interweniujących policjantów. Najpierw kibice, Młodzież Wszechpolska i neofaszyści obrzucali protestujących jajkami, potem policja kopiąc i wykręcając ręce aresztowała siedzących na ziemi demonstrantów. Zatrzymano 68 osób.

19 listopada w Poznaniu odbył się, czy raczej miał się odbyć, Marsz Równości. Chciano demonstrować za tolerancją, równouprawnieniem, prawami kobiet i przeciwko dyskryminacji osób o innej orientacji seksualnej. Dotychczas wszystkie tego typu marsze w Polsce spotykały się z wrogością ze strony polityków: konserwatyści mówili o "niemoralnej, oburzającej promocji homoseksualizmu", liberałowie delegalizowali marsze z powodu "braku bezpieczeństwa". Młodzież Wszechpolska uczestników Marszów Równości nazywa homo-terrorystami. Sekretarz Zarządu Głównego tej organizacji Mariusz Tomczak pisał że: "... Lewak i anarchista są wrogami demokracji, którzy kontestują porządek prawny i marzą o wywróceniu do góry nogami ładu społecznego." Tym razem było podobnie - marsz został zdelegalizowany przez władze i zaatakowany przez bojówki i policję.

Dwa tygodnie wcześniej (8.11.2005) różne ugrupowania w dziewięciu miastach Polski zorganizowały protest przeciwko ostatniej fali represji politycznych. Obecnie około kilkadziesiąt osób ma sprawy w sądach za udział w demonstracjach, podczas których policja wielokrotnie brutalnie interweniowała. W ostatnim czasie do aresztu na 15 dni trafił Marek Kurzyniec (Federacja Anarchistyczna) za udział w demonstracji przeciwko wojnie na Kaukazie. Inny protestujący, Andrzej Smosarski z organizacji Czerwony Kolektyw-Lewicowa Alternatywa, został skazany na grzywnę z zamianą na 100 dni aresztu, za udział w proteście pracowniczym. Wszystko wskazuje na to, iż trafi do więzienia.

Prezydent Poznania już jedenaście razy zakazywał (grupie Komitet Wolny Kaukaz - koalicja różnych grup protestujących przeciwko wojnie na Kaukazie) demonstracji. Sąd uznał to za działanie nielegalne. Po wydaniu kolejnego dwunastego zakazu przemarszu (tym razem Marszowi Równości) z powodu "braku możliwości zapewnienia bezpieczeństwa", było jasne, że uczestnictwo w marszu będzie aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa i że na demonstrację udadzą się przedstawiciele wielu środowisk: feministycznych, anarchistycznych, lewicowych, jak też artystycznych.

Anarchiści tego dnia zaczęli swój protest już około południa pod domem prezydenta Grobelnego. Ponad 20 osób z transparentem: "Tolerancji tak, polityce nie" gwizdało, rozdawało sąsiadom ulotki i wznosiło hasła ("Każda władza zabija wolność", "Wolność słowa i zgromadzeń").

Do samego Marszu Równości w zasadzie nie doszło. Po kilkanaście policyjnych aut stało na wszystkich drogach dochodzących do miejsca skąd miał ruszyć. Kilkuset manifestantów już na samym początku zostało otoczonych z dwóch stron szczelnym kordonem policji. Za nimi z obu stron zgromadzili się agresywni naziści, Młodzież Wszechpolska oraz kibice-skinhedzi. Po bezskutecznych próbach rozpoczęcia marszu, demonstranci zaczęli chodzić w kółko skandując "Demonstrujmy na okrągło". W odpowiedzi na jaja, którymi obrzucano demonstrantów, odpowiadano: "To są jaja z demokracji". Policja zamiast odsunąć agresywnych przedstawicieli prawicy, stała tarczami odwrócona w stronę demonstrantów i zaczęła spisywać niektóre osoby (najczęściej te stojące z transparentami). Wzywano hasła "Wolność, równość, pomoc wzajemna", "Mamy prawo demonstrować" i pod adresem skinhedów: "Faszystowskie świnie, wolność nie zginie".

Po godzinie policja zaczęła wyciągać z tłumu i aresztować pojedyncze osoby. W odpowiedzi około 40 demonstrantów usiadło na ziemi i trzymając się za ręce skandowało "To jest wasza demokracja!". Mimo że nikt nie był agresywny, na pokojowy sitting policja zareagowała przemocą - policjanci w kominiarkach zaczęli wyszarpywać ludzi za ręce i włosy, kilkanaście osób brutalnie ciągnięto po bruku do policyjnych suk. Policja wykręcała ręce i kopała siedzących ludzi. Krzyczano: "ZOMO", "Gestapo", "puśćcie ich". Po dwudziestu minutach policja wycofała się z powodu braku pustych miejsc w radiowozach. Pięć pełnych suk, z ponad 60 osobami w środku, odjechało na różne komisariaty. Ewa Wójciak, aktorka Teatru 8 Dnia, związana kiedyś z demokratyczną opozycją, dla prasy powiedziała: - Chce mi się płakać. Widziałam, jak policja ciągnie chłopaka głową po bruku, dziewczynę szarpali za włosy. Nikt z tych młodych ludzi nikogo nie obrażał, nikt nie był agresywny, manifestował w pokojowy sposób w obronie tolerancji. Tyle lat walczyliśmy o demokrację, myślałam, że już to mamy, ale widzę, że nigdy dość upominania się o podstawowe demokratyczne prawa.

Zaraz po aresztowaniach pod jednym z komisariatów zorganizowano kolejny protest. Podczas tej pikiety solidarnościowej zostały zatrzymane kolejne trzy osoby trzymające transparent "Dość represji za poglądy".

Wszyscy aresztowani zostali wypuszczeni jeszcze tego samego dnia. Wśród zatrzymanych znajdowali się aktywiści różnych ugrupowań, aktorzy, osoby postronne. Jeżeli dojdzie do procesów, będą to niewątpliwie procesy polityczne. - Będziemy na pewno skarżyć decyzję prezydenta Grobelnego i liczymy na pomoc prawną Fundacji Helsinskiej, która jest za nami - mówi jedna z zatrzymanych organizatorek Marta Jermaczek z Zielonych 2004. - Zostało naruszonych wiele procedur i przepisów. Policja nie skontaktowała się z organizatorami. Nie było wyraźnego nawoływania do rozejścia się. Poza tym jak mieliśmy się rozejść, skoro byliśmy zamknięty w szczelnym kordonem policji, a poza nim stali kibice-skinhedzi. Ludzie się ich bali.

Aresztowani zapowiadają, że zamierzając zrobić nie tylko medialne zamieszanie, ale jeszcze raz wyjść na ulice.
W odpowiedzi na te wydarzenia 26 listopada odbyły się manifestacje solidarnościowe w 10 miastach Polski, w tym ponownie w Poznaniu. Tym razem prezydent miasta wydal zezwolenie na wiec, na którym pojawiło się ok. 500 osób. Zgromadzenie odbyło się dokładnie w tym samym miejscy, gdzie wcześniej rozbito marsz. W innych miasta, m. in. w Elblągu, Gdańsku i Wrocławiu faszyzujący skinhedzi i przedstawiciele organizacji prawicowych próbowali zaatakować demonstrantów.

29 listopada Zieloni 2004 demonstrowali podczas sesji rady miasta Poznania, podczas której radna Katarzyna Kretkowska zaprezentowała nagrany na wideo materiał z pacyfikacji Marszu Równości.

Agnieszka Mróz
Artykuł opublikowany był w piśmie "Nowy Robotnik" nr 11/2005


15.09.2005
Klasa robotnicza w centrum zainteresowania nauk społecznych

W XX wieku nauki społeczne, w tym przede wszystkim socjologia, często i systematycznie zajmowały się problematyką ruchu robotniczego i zagadnieniami pracy. Wynikało to poniekąd z kontynuacji zainteresowania filozofią marksistowską i ekonomią polityczną. Poziom dyskusji był jednak zróżnicowany. Kiedy po II wojnie światowej na Zachodzie w dalszym ciągu dominował nurt krytyczny, w Związku Radzieckim i krajach satelickich, dyskusja przybrała postać - poza nielicznymi wyjątkami - doktrynalnej recytacji jedynych słusznych tez. Wydarzenia w Berlinie 1953 roku, Budapeszcie 1956, w Polsce 1956, 1970, 1976 i wreszcie 1980, jednoznacznie jednak wskazywały, że robotnicy pozostają jedną z najważniejszych sił społecznych w "bloku wschodnim". Okresowe niepokoje ożywiały zainteresowanie, zarówno po stronie władzy jak i opozycji, klasą robotniczą. W ten sposób w Polsce np. doczekaliśmy się w latach 80. wielu bardzo ciekawych socjologicznych prac dotyczących ruchu pracowniczego.

Koniec historii?
Po 1989 roku tematyka pracownicza przestała inspirować naukowców, którzy dość łatwo zaakceptowali nowy neoliberalny paradygmat, z jego szeregiem tez dotyczących klasy robotniczej. Koncepcja (z 1989 roku) "końca historii" Francisa Fukuyamy głosiła, że kapitalistyczna liberalna demokracja jest najdoskonalszym systemem społecznym. Nastała era czegoś na kształt liberalnego społeczeństwa bezklasowego, gdzie wprawdzie "nie wszystkie nierówności społeczne uległy wyeliminowaniu, lecz te, które pozostały, są w jakimś sensie konieczne i nieusuwalne, wynikające z natury rzeczy, a nie z woli człowieka". (Fukuyama, "Ostatni człowiek", Poznań 1997, s. 133). Jedyną alternatywą dla liberalnej demokracji jest autorytaryzm. Klasa robotnicza przestaje być w tym kontekście siłą sprawczą zmian ustrojowych i emancypacyjnych. Jeremy Rifkin w 1995 roku publikuje bardzo popularną książkę "Koniec pracy" gdzie wieszczy, spowodowany przede wszystkim rozwojem technologicznym, schyłek siły roboczej na świecie i nastanie ery postrynkowej. Wielu autorów w połowie lat 90. utrzymywało, że wprawdzie znaczenie pracy najemnej wcale nie maleje, ale zmienia się jej charakter. Mamy do czynienia z przejściem od pracy fizycznej do umysłowej, gdzie podstawowe znaczenie odgrywają wysokie kwalifikacje, a w społeczeństwie dominującego znaczenia nabiera masowość i poziom wykształcenia. Wraz z tym, następują istotne zmiany ustrojowe i przejście od demokracji do merytokracji, czy jakiejś formy "pokapitalizmu" (Jacek Kuroń, Antonio Negri).

Wszystkie te koncepcje obarczone są zasadniczym błędem: europocentryzmem, który uznaje za najważniejsze i determinujące dla reszty świata, to co dzieje się w krajach europejskich i USA oraz Japonii. Pokutuje tu linearna koncepcja historiograficzna, w której zakłada się, że wszystkie kraje na świecie przechodzą przez te same fazy rozwoju społeczno-polityczno-gospodarczego, a nasz krąg geograficzno-kulturowy jest w tym procesie przodujący. Immanuel Wallerstein, w wydanej niedawno w Polsce książce "Koniec świata jaki znamy" poddaje tego typu podejście krytyce, dowodząc, że współczesna wiedza naukowa podważa linearny schemat rozwoju systemów. Tymczasem prominentnym europejskim i amerykańskim naukowcom trudno się pogodzić z myślą, że następują nieodwracalne zmiany, które prawdopodobnie utrącą zachodnią dominację polityczną, ekonomiczną i kulturową, na rzecz np. Chin i Indii. I że stać to się może po dużej części za sprawą tamtejszego ruchu robotniczego. Z drugiej strony od czasu demonstracji w Seattle w listopadzie 1999 roku w krajach zachodnich wezbrała na nowo fala potężnych protestów pracowniczych. W latach 2002-2003 dotarła ona także do Polski.

Bez ortodoksji
Z wallersteinowskich przesłanek metodologicznych wychodzi amerykańska badaczka Be-verly Silver. W 2003 roku wydała ona książkę "The Forces of Labor", która zyskuje coraz większe uznanie w kręgach radykalnych działaczy lewicowych i anarchistycznych. W tym roku została ona przetłumaczona na język niemiecki przez środowisko, kojarzonego z anarchosyndykalizmem, czasopisma "Wildcat". Grupa ta dostrzega w pracy Silver powrót do autentycznego zainteresowania się sprawami klasy robotniczej i przywrócenia ich walce należytego znaczenia w historii i miejsca w naukach społecznych. Stwierdzają oni, że "Forces of Labor" pokazuje wiele zbieżności z nieortodoksyjnym marksizmem, zwłaszcza z dokonaniami włoskiego czasopisma "Quaderni Rossi", które koncentrowało uwagę na zasadniczych formach produkcji i wykazywaniu jak prowadzą one do podziałów klasowych i buntów pracowniczych. "Szkoła" ta znana jest, pod trudno na polski przekładalną nazwą "operaism" (więcej na ten temat można przeczytać w trzecim numerze półrocznika "Rewolucja", w artykułach dotyczących sytuacji we Włoszech w latach 70.). W "Forces of Labor" Silver twierdzi, że nowe technologie, nowe produkty, alokacje zakładów, to tylko kapitalistyczny sposób na uniknięcie walk robotniczych. Ale za kapitałem podąża konflikt i wszelkie próby ucieczki przed nim są tymczasowymi rozwiązaniami. Tak naprawdę olbrzymie inwestycje w nowe formy produkcji zwiększyły tylko silę klasy robotniczej na przestrzeni wieków. Natomiast zaobserwowany fakt osłabienia bojowości klasy robotniczej w latach 90. jest kwestią przejściową i wiąże się z tym, iż kapitalizm na obecnym etapie rozwoju inwestuje nie w produkcję i handel, lecz w kredyty i spekulacje finansowe. Silver dowodzi, że faza ta nie jest nowa i jest charakterystyczna dla schyłkowych okresów pewnych rozwoju ekonomicznego. To swoista cisza przed burzą. Okres "finansjalizacji" kapitalizmu nie może bowiem trwać wiecznie, a upadkowi jego dotychczasowej formy będzie prawdopodobnie towarzyszyć intensywny konflikt społeczny, być może o zasięgu globalnym.

Wiatr ze wschodu
Dla nawet mniej uważnego obserwatora staje się coraz bardziej jasne, że gwałtownie rośnie znaczenie azjatyckich gospodarek na globalnej mapie ekonomicznej. Bijące rekordy ceny ropy naftowej, węgla, stali są efektem chłonności rozwijających się gospodarek przede wszystkim Chin i Indii. To rosnące zapotrzebowanie z tego regionu świata przyczyniło się w dużej części do zażegnania konfliktu społecznego w Polsce w latach 2002-2003, kiedy pracownicy przemysłu ciężkiego i wydobywczego prowadzili gwałtowne protesty w obronie miejsc pracy. Fakt, że w górnictwie, hutnictwie, przemyśle stoczniowym itd. przyszła koniunktura wiąże się z sytuacją w Azji. Wiemy też, że wraz z uprzemysłowieniem Azji postępuje tam wzrost ilościowy klasy robotniczej. Naomi Klein w pracy "No logo" opisuje nieludzkie warunki pracy panujące, w zakładanych często przez międzynarodowe korporacje, azjatyckich fabrykach. W Europie mamy świadomość, że reżim produkcji w ekstremalnych warunkach wyzysku daje się tam utrzymać tylko dzięki przemocy, że nie działają żadne związki zawodowe. Jednocześnie tania, zastraszona i zatomizowana masa robotników jest w istocie przydatna kapitalizmowi, a nawet stanowi nieodzowny warunek inwestycji w krajach azjatyckich. W przypadku Chin postkomunizm, podobnie jak w Polsce, okazał się kolejny raz najlepszym gruntem dla kapitalistycznego boomu. Gdyby nie stan wojenny i zniszczenie do 1985 roku zorganizowanego ruchu robotniczego w Polsce, przeprowadzenie kapitalistycznej transformacji i porozumienie pomiędzy elitami władzy i (od 1985 roku) stojącej na liberalnych stanowiskach opozycji, nie byłoby możliwe. Ta konwergencja konkurujących kiedyś ze sobą ustrojów, została przewidziana jeszcze w latach 70. i poniekąd dowodzi, że |realny komunizm" był w rzeczywistości tylko odmianą państwowego kapitalizmu.

Patrząc z tej perspektywy jednocześnie możemy być pewni, że ruch pracowniczy w dalszym ciągu jest siła sprawczą ważnych zmian społecznych. Powstaje jednak pytanie, czy klasa robotnicza zarówno z Zachodu, jak ta z krajów, które staną się nowymi centrami, z Chin i Indii, użyje swojej siły do ukształtowania nowego porządku światowego i uwolni się od kapitalizmu, czy też zostanie wykorzystana przeciwko niej samej. Nic z góry nie jest przesądzone.

Jarosław Urbański
Artykuł opublikowany był w piśmie "Nowy Robotnik" nr 9/2005


01.10.2005
Ruch robotniczy z globalnej perspektywy

Wychowywałam się w Detroit w latach 60. w czasie najważniejszych społecznych konfliktów. To prawdopodobnie było przyczyną mojego zainteresowania ruchami społecznymi. W latach 70. i 80. rozwinęły się bardziej moje intelektualne zainteresowania pracą, zwłaszcza w kontekście globalnych transformacji, które miały miejsce: przenoszenia produkcji na obszary o niższych płacach, automatyzacji i wzrostu wykorzystywania nieregularnej siły roboczej, jak domowa praca nakładcza i wyzyskiwanie pracy emigrantów. W USA i Europie zmiany te i ostateczny demontaż "państwa opiekuńczego", w latach 80., wynikały ze spadku bojowości robotników, pogorszenia się warunków pracy, realnego spadku wynagrodzeń i, zwłaszcza w Europie, ze wzrostu bezrobocia.

Z drugiej strony mamy rzucające się w oczy przypadki ruchu "Solidarności" w Polsce, Partii Pracowników w Brazylii czy powiązań między ruchem antyrasistowskim i COSATU (Congress of South African Trade Unions -Kongres Południowo Afrykańskich Związków Zawodowych) w Afryce Południowej. Bardziej współczesnym przykładem jest Nigeria, gdzie, przez dwa miesiące, pracownicy branży naftowej organizowali poważny strajk przeciwko wojskowej dyktaturze. Wzrost ceny ropy naftowej podczas strajku pokazuje znaczenie ich walki. W końcu nie pokonali oni rządu, ale teraz są poważnym politycznym ruchem. Zakładając, że Nigeria rozwija się w kierunku demokracji, to ruch pracowniczy odegra bardzo ważną rolę w tej transformacji.

Bez "zachodnich" okularów
Dylemat spadku znaczenia ruchu pracowniczego w krajach "Centrum" (Europa Zachodnia i USA) i jednoczesny rozkwit tego ruchu w pozostałych częściach świata, stawia wiele pytań przed naukami społecznymi. Jako pierwszy pojawia się problem generalizacji na bazie ograniczonej liczby danych szczegółowych. Specjaliści w zakresie nauk społecznych w USA i Europie studiując ruch pracowniczy, powszechnie patrzą na to, co się stało w krajach "Centrum", a następnie uogólniają to na resztę świata. Oczywiście w ten sposób zaciemnia się obraz tego, co się wydarzyło poza "Centrum".
Faktycznie cały cykl zdarzeń z lat 70. i 80. - spadek bojowości robotników w krajach "Centrum" i równoczesny jego wzrost w innych krajach - powinien być postrzegany jako jeden spleciony proces. Po wielkiej fali robotniczych walk w późnych latach 60., międzynarodowe korporacje szukały krajów, gdzie praca jest jednocześnie tańsza i represjonowana: krajów, które politycznie były "stabilne" i gdzie robotnicy nie mieli zbyt wielu szans się zorganizować. Oczywiście w tym samym czasie, te same kraje starały się zindustrializować i przyciągnąć kapitał z krajów "Centrum". Brazylia, Południowa Afryka, Południowa Korea i nawet Polska w pewnym sensie stały się miejscami dla inwestorów, którzy uciekali m. in. przed bojowością robotników w Europie Zachodniej i USA.

Rezultatami tego zjawiska była - z jednej strony - dezindustrializacja i zmiany w procesie pracy w krajach "Centrum", a z drugiej gwałtowne uprzemysłowienia obszarów pozornie tańszej i represjonowanej pracy. Jakkolwiek te kraje były już wcześniej - w latach 60. i 70. - faworyzowane jako miejsce inwestycji, 10-20 lat później to one stały się głównymi ośrodkami walk pracowniczych.

Cały ten proces stanowi także następne wyzwanie dla dotychczasowego sposobu uprawiania nauk społecznych, czyli studiowania przypadków poszczególnych krajów jako wyodrębnionych całości i traktowania państwa narodowego jako przedmiotu analizy. Jednak jeżeli chce się zrozumieć cały szereg wydarzeń od późnych lat 60. do czasów obecnych, trzeba posiadać globalny układ odniesienia.

Osobiście uznałam metodologiczną wnikliwość koncepcji "systemów światowych" (Immanuela Wallersteina) jako szczególnie przydatny sposób analizy z tego punktu widzenia. Dla mnie, metodologicznie, najbardziej istotnym wkładem koncepcji "systemów światowych" jest wezwanie do przedłużenia perspektywy czasowej. Było wiele dyskusji na temat najbardziej odpowiedniej perspektywy czasowej - dla Immanuela Wallersteina jest nią współczesny system światowy, który trwa przez ponad 500 ostatnich lat. Pomijając to, odkryłam, że jeżeli wydłuża się horyzont czasowy tak, że wyniki stają się zrozumiałe w kontekście czasu, a jednocześnie poszerza się przestrzenny horyzont analizy wychodząc poza państwo narodowościowe, zaczynamy widzieć wszystko inaczej. To umożliwia, na przykład, spojrzeć na falę strajkową w Detroit w latach 30., w Turynie we wczesnych latach 60. i 70., w Sao Paulo i Ulsan we wczesnych latach 70. i 80. jako jeden, zachodzący na światową skalę, proces pracowniczych wystąpień i kapitalistycznej odpowiedzi na nie.

Gdy rozpoczęłam razem z Fernandem Braudel uzupełniające studia magisterskie, we wczesnych latach 80., na wydziale socjologii Center at SUNY-Binghamton, był to najważniejszy ośrodek badań nad "systemami światowymi". Dołączyłam do nowej grupy badawczej (World Labor Research Working Group) zajmującej się ruchem pracowniczym w kontekście "systemów światowych". Jedną z krytycznych uwag przeciwko wczesnym pracom dotyczącym "systemu światowego" była ta, że z góry przywiązuje się za dużą wagę do pewnych zdarzeń uważanych za sprawcze -do kapitalizmu i znaczenia państw zaliczanych do "Centrum" - w celu wyjaśnienia historycznej ewolucji współczesnego świata. W tym samym nurcie, niektórzy krytycy argumentowali, że teoria "systemów światowych" zbyt małą rolę nadaje oporowi społecznemu, który "z dołu" nadaje kształt historycznym faktom. Nasza grupa poruszała się w dwóch kierunkach. Po pierwsze zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, że sukcesy i porażki lokalnych ruchów pracowniczych nie mogą przez cały czas być wyjaśniane jako izolowane lokalne procesy. Lokalne ruchy były raczej - często nie uświadamiając sobie tego - połączone ze społecznymi, gospodarczymi i politycznymi procesami o skali światowej. Po drugie zaczęliśmy się zastanawiać jak faktycznie lokalne ruchy pracownicze same stają się ważnymi katalizatorami zmian na poziomie globalnym i decydują o globalnych zmianach obszarów, na których wybuchają lokalne walki. Myśląc o tym, jak ruchy w jednym miejscu, są powiązane z innymi w sensie historycznym, wkrótce odkryliśmy, że fala niezadowolenia w jednej części świata skutkowała przesunięciem kapitału do innych krajów, które w tym czasie, przeżywały ogromny rozwój klasy robotniczej samej zdolnej do podjęcia protestów i wyartykułowania zasadniczych żądań.

Na przykład w stosunku do całkiem niedawnych fal niezadowolenia, kapitał został przeniesiony z tych miejsc, które do tej pory uchodziły za "bezpieczną przystań". Tak więc, Brazylia nie może już dłużej uchodzić za bezpieczne miejsce dla inwestycji kapitałowych. Z Korei Południowej, inwestorzy zaczęli się przenosić jeszcze dalej na południe Azji: do Tajlandii, Malezji, Filipin i Wietnamu. (...) Ale na południowym wybrzeżu Chin, w regionach, które stały się miejscem olbrzymiego napływu kapitału, jednocześnie mamy do czynienia z oznakami rosnącej fali strajków i aktywności protestacyjnej.

Z dalszej perspektywy
Możemy również odnotować uderzające podobieństwo pomiędzy protestami robotniczymi w różnych częściach świata. Przemysł motoryzacyjny jest tu dobrym przykładem. Rodzaje taktyki akcji protestacyjnych prowadzonych w Detroit w latach 30., we Włoszech i Francji w latach 60., oraz w Brazylii i Południowej Afryce w latach 80. są niesłychanie podobne: strajki rotacyjne, strajki okupacyjne. Nie ma jednocześnie organizacyjnych powiązań między tymi robotnikami, polegających na wysyłaniu emisariuszy do innych zakładów, przynajmniej nie w początkowym stadium tych ruchów. W mojej opinii, wywołał to rodzaj technologicznego determinizmu - wydaje się to być rezultatem pozycji robotników w szczególnym technologicznym podziale pracy.

Innym podobieństwem jest rola odgrywana przez robotników emigrantów. Jeżeli spojrzymy na Detroit, Turyn i Sao Paulo na 10 lat przed pojawieniem się ruchów protestu zaobserwujemy masową proletaryzację emigrantów, zarówno imigrantów z terenów wiejskich, jak też z innych krajów. Grupy te są wykorzystywane jako rezerwuar taniej pracy w celu kontroli zasobów siły roboczej. Ale przecież we wszystkich tych przypadkach, druga generacja robotników stała się bazą bojowych ruchów pracowniczych.

Oczywiście istnieje podstawowa różnica w sukcesach osiąganych przez te ruchy w krajach bogatych i relatywnie biednych. W Ameryce Północnej mogliśmy zaobserwować tworzenie się całej kultury ruchu pracowniczego wokół masowej konsumpcji. Amerykańskie marzenia udzieliły się Europie Zachodniej wraz z Planem Marshalla i amerykańską wielonarodowością. Kultura konsumpcji była fundamentem umowy społecznej w USA zaraz po wojnie. Ale w Południowej Afryce, Polsce czy Brazylii, taka umowa społeczna nie jest możliwa ponieważ zaspokojenie żądań ruchu pracowniczego poprzez polityczne zmiany opierające się na konsumpcyjnej reorganizacji po prostu nie są realne. Nie ma tam bogactwa porównywalnego z USA, gdzie masowa konsumpcja byłaby sposobem "okiełznania" siły tych ruchów.

Z tego punktu widzenia będzie interesujące spojrzeć w przyszłość. Na przykład w Afryce Południowej ruch pracowniczy był niezbędny w demontażu apartheidu; w tym czasie był to czasami jedyny ruch jaki ocalał wobec surowych represji, kiedy to ruchy bazujące na wspólnotach lokalnych nie zdołały przetrwać. Teraz powstaje pytanie jaki rodzaj postępu jest możliwy biorąc pod uwagę żądania eliminacji nierówności społecznych, poprawy warunków życia, ponieważ nie możemy liczyć na zaspokojenie żądań tego ruchu dzięki masowej konsumpcji na modłę amerykańską. Jeżeli Afryka Południowa znajduje kreatywne rozwiązania tego problemu, to mogłoby to być ważnym przykładem dla całego świata: jak zaspokoić żądania równości społecznej i lepszych warunków życia przy jednoczesnym posiadaniu ograniczonych zasobów - co jest bliższe, niż norma amerykańska, panującym warunkom na naszym globie.

Ponadto, nawet w krajach "Centrum", ciągłość masowej konsumpcji jest kwestionowana z uwagi na ograniczenia ekologiczne. Uważam zatem, że sposoby rozwiązań, które zdołają zaspokoić żądania ruchów w takich krajach jak Brazylia, Polska, Południowa Afryka i Południowa Korea są obecnie bardziej istotne i o znaczeniu bardziej generalnym niż osiągnięcia ruchu pracowniczego w USA czy Europie Zachodniej.

Nasze cele
Celem pracy World Labor Group było dokumentowanie tych wszystkich wzorców, aby stworzyć obraz historii pracowniczych niepokojów w skali globalnej. Mieliśmy trudności w rozwinięciu odpowiedniej metodologii pomiaru konfliktów społecznych, a zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy się oprzeć na naszych własnych danych. Zwykle strajki były podstawowym miernikiem pracowniczego niezadowolenia, ale strajkowe statystyki nie są niezawodne. Jedynie część krajów posiada dane dotyczące strajków, które odnoszą się do kilku dziesięcioleci. Dalej - wiele ważnych rodzajów niezadowolenia nie jest branych pod uwagę w strajkowych statystykach: demonstracje, zamieszki głodowe, a nawet często pomijano strajki polityczne, nie mówiąc o tym co James Scott nazwał "the weapons of the weak" czy ukryte formy oporu jak zmniejszenie tempa pracy, sabotaż, czy chroniczna absencja. Zdając sobie sprawę z ograniczeń istniejących danych, byliśmy zdeterminowani stworzyć własne ich źródła. Zupełnie świadomie nie chcieliśmy znaleźć się w pułapce generalizacji na podstawie doświadczeń z kilku krajów, gdzie odpowiednie statystyki strajków istniały. Ostatecznie zadecydowaliśmy, że gazety będą naszym najlepszym źródłem informacji. Czytaliśmy "New York Times" i "London Times" od 1870 roku do czasów obecnych, odnotowując każde doniesienie o pracowniczych niepokojach: strajkach, demonstracjach, okupacjach fabryk, w jakimkolwiek miejscu na świecie. Każdy odnaleziony przypadek opisywaliśmy nadając datę, typ akcji, rodzaj branży i miejsce. Gazety były oczywiście stronnicze, np. więcej było informacji o krajach z ich strefy wpływu, więcej było informacji o aktach przemocy i protestach upolitycznionych. Odkryliśmy jednak, że serie czasowe skonstruowane na podstawie doniesień gazetowych zdumiewająco dobrze identyfikowały najważniejsze fale pracowniczych niepokojów dla jakiegokolwiek kraju.

Pewny tylko konflikt...
Od momentu kiedy skompletowaliśmy dane od 1870 roku do czasów współczesnych, sprawdzaliśmy wiarygodność tych danych i poczuliśmy się zupełnie pewni naszych umiejętności w posługiwaniu się tymi danymi w celu stworzenia obrazu konfliktów pracowniczych w skali całego świata, jakie miały miejsce przez ostatnie 100 lat. Specjalne wydanie czasopisma Fernand Braudel Center "Review", którego byłam współredaktorką, relacjonuje rezultaty projektu zbierania danych i zawiera analizę kilku przestrzennych i czasowych wzorców niepokojów pracowniczych, które odkryliśmy.

Wyniki naszej pracy mogą w przyszłości stanowić punkt wyjścia do wielu nowych badań. Na przykład znaleźliśmy ścisłe zależności pomiędzy wojnami i ważniejszymi ogólnoświatowymi protestami pracowniczymi. Ponadto, odkryliśmy, że eksplozja pracowniczego niezadowolenia była czymś powszechnie charakterystycznym dla okresu upadku brytyjskiej hegemonii na świecie. Pada zatem pytanie czy mamy tu do czynienia z jakimś cyklicznym wzorcem. Czy zaobserwowane trendy ostatnich kilku dziesięcioleci - geograficznie postępujące przeniesienie konfliktu na coraz dalsze i dalsze lokalne peryferia - prowadzą nas do możliwości przewidywania przyszłości? Czy upadkowi USA, jako światowej potędze, będzie towarzyszyć powrót do wzorca wybuchów ogólnoświatowych konfliktów? Tego rodzaju pytania może generować tylko globalna perspektywa w podejściu do problemu.

Beverly Silver (tłum. JU)
Artykuł opublikowany był w piśmie "Nowy Robotnik" nr 9/2005


25.08.2005
Dużo, ciężko, sezonowo

Polska prasa wielokrotnie donosiła latem o bezprzykładnym wykorzystywaniu polskich robotników, którzy wyjechali "za chlebem" na Zachód: pracownicy rolni w Holandii i Włoszech, stoczniowcy we Francji, pracownicy irlandzkich i amerykańskich sieci supermarketów, robotnicy budowlani w Niemczech, Irlandii i Danii, marynarze w Norwegii. Odkryte przez prasę przypadki to tylko wierzchołek góry lodowej. Z problemem łamania praw borykają się dziesiątki, a może setki tysięcy polskich robotników z ponad półmilionowej rzeszy naszych gastarbeiterów.

Scenariusz wyzysku, nawet w odniesieniu do pracowników legalnych, jest przeważnie podobny. Po pierwsze zachodni pracodawcy zmieniają dowolnie treść umowy, przechodząc dość swobodnie z rozliczenia godzinowego, na mniej korzystny dla pracownika system płacy akordowej. Na problem ten żalono się w Polsce już dawno. Na przykład dość często spotykało to w przeszłości polskich pracowników rolnych wyjeżdżających na saksy do Niemiec. Niemiecki pracodawca podpisywał w Polsce umowę na stawkę godzinową, a kiedy pracownik przybywał na miejsce dowiadywał się, że będzie pracował na akord. W razie protestu, grożono zerwaniem umowy. Podobny przypadek spotkał Polaków, którzy tego roku zatrudnili się u farmera holenderskiego w wiosce Meterik. Mieli pracować 40 godz. tygodniowo za 1446 euro brutto miesięcznie. Potem pracodawca przeforsował przejście na akord.

Przejście na akord jest jeszcze dla wielu pracowników do zaakceptowania. Pocieszają się, że pracując ciężej i dłużej zdołają zarobić więcej. Mylą się. Następnym krokiem jest bowiem bardzo często poniesienie normy: albo pracując na godziny musisz zrobić więcej (wyrobić wyższą normę), albo pracując w akordzie musisz wykonać więcej czynności, aby dostać umówione wcześniej wynagrodzenie od sztuki. Na przykład w Meterik szybko okazało się, że po przejściu na akord, aby zarobić te same 3 eurocenty za sztukę, trzeba wykonywać coraz więcej czynności. Polscy pracownicy irlandzkiego Tesco - zatrudnieni za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej Gra-fton i Job - musieli wykonywać o wiele więcej, niż pracownicy zatrudnieni bezpośrednio w Tesco. W ciągu zaledwie kilku miesięcy zwiększono im normy o kilkadziesiąt procent (z 550 do 1000 kartonów na zmianę). Oczywiście nie wiązało się to ani z modernizacją techniczną stanowiska pracy, ani ze zmianami w organizacji pracy.

Zarówno pracujących na akord, jak też na godziny może spotkać jeszcze jedna szykana: ponadnormatywne wydłużenie czasu pracy. U holenderskiego farmera Polacy pracowali po 12 godzin dziennie, ale byli zmuszani przez pracodawców do pracy nawet po 14-16 godzin. Nielegalni pracownicy amerykańskiej sieci marketów Wal--Mart musieli pracować "na nocki" po 8 godzin, ale przez wszystkie 7 dni w tygodniu. Polscy budowlańcy w jednej z irlandzkich firm (Nydal Limited) byli zmuszani do pracy przez 7 dni w tygodniu po 12 godzin na dobę.

Kiedy wreszcie nadchodzi wyłata, może znowu pracownika spotkać przykra niespodzianka; jego wynagrodzenie często okazuje się rażąco niższe od wypracowanego, albo w ogóle może tego wynagrodzenia nie dostać. W sieci Wal-Mart niektórym pracownikom nieoczekiwanie zabierano część pensji. Firma Nydal Limited wyrokiem sądu zmuszona została do wypłacenia odszkodowań polskim pracownikom, którzy udowodnili (dzięki pomocy związkowców z SIPTU), że ich zarobki były bezpodstawnie zmniejszane o połowę. Niemiecki związek zawodowy budowlańców BAU wywalczył dla ponad 40 polskich pracowników dopłaty.

Zamiast obligatoryjnej płacy minimalnej 12,47 euro za godzinę, dostawali oni o 4 euro mniej (nota bene i w tym przypadku byli zmuszani do pracy przez 15 godzin dziennie). Polscy stoczniowcy zatrudnieni przy budowie statków we francuskim porcie Saint-Nazaire, w ogóle nie dostali wygrodzenia (od polskiego pośrednika).

Sytuacja polskich robotników na obczyźnie nie powinna nas specjalnie szokować, wszakże warunki jakie panują na polskim rynku pracy nie są często lepsze. Jednak w stosunku do pracowników cudzoziemców ujawnia się pewien dramatyzm: po pierwsze wynikający z faktu, że często nie znają oni ani swoich praw, ani języka, i w obcym otoczeniu mogą polegać tylko na sobie i na... innych pracownikach. Po drugie, eksploatacja ekonomiczna przybiera w takich przypadkach półniewolniczą, czy nawet niewolniczą postać, podszytą dyskryminacją etniczną. 23 sierpnia polską opinią publiczną wstrząsnęła wiadomość o uwolnieniu przez włoskich karabinierów 105 osób (w tym 90 Polaków i 15 Słowaków) zatrudnionych przy zbiorach pomidorów. Mieszkali oni w barakach, pozbawionych drzwi i okien, które kiedyś służyły za obory, ich teren był ogrodzony drutem kolczastym i pilnowany przez uzbrojonych strażników. Oficjalnie przyznaje się, że na południu Włoch w podobnych warunkach może żyć i pracować ok. 20 tys. osób, z tego 7 rys. Polaków.

Wielkie koncerny, jak jeden, odżegnują się od zarzutów o etniczną dyskryminację przy zatrudnieniu. Na Zachodzi grozi to podważeniem pozycji marki na rynku. W przypadku irlandzkiego Tesco Distribution Centre w Dublinie, pracownicy agencyjni (zatrudnieni przez agencje pracy tymczasowej) rekrutowali się przede wszystkim (poza jednym przypadkiem) z krajów Europy Wschodniej, głównie Polski, ale także np. Słowacji i Węgier. Pracownicy kontraktowi w Tesco (zatrudnieni na umową o pracę) to przede wszystkim Irlandczycy (tylko jeden Polak). Różnice w płacach pomiędzy obiema grupami wynosiły miesięcznie po kilkaset euro, oczywiście na niekorzyść agencyjnych. Wbrew tym faktom Kevin Grace, szef polskiego Tesco w odpowiedzi na listowny protest Konfederacji Pracy, zapewnia, że "zatrudnieni w Polsce, Irlandii i Wielkiej Brytanii nie są dyskryminowani i mają takie same warunki zatrudnienia jak inni pracownicy". Badania przeprowadzone na zlecenie brytyjskich związków zawodowych jednoznacznie natomiast wskazują, że warunki płacy i pracy robotników cudzoziemców, a nawet Brytyjczyków urodzonych poza Wielką Brytanią, są gorsze niż rdzennych mieszkańców Wyspy.

Oczywiście w świetle tych faktów nie może budzić zdziwienia to, iż prasa odnotowała wielokrotnie wybuchy protestów wśród robotników sezonowych: strajki, pikiety, głodówki. Nie można też się oprzeć wrażeniu, że na obczyźnie, w warunkach izolacji, pracownicy cudzoziemcy - nie tylko Polacy - odnajdują na nowo sens wzajemnej solidarności i walki. Tym bardziej, że wiele tych protestów kończy się medialnymi i (lub) prawnymi sukcesami. Największy, międzynarodowy rozgłos zyskał protest polskich pracowników Tesco. 4 sierpnia w kilku miastach Irlandii oraz Wielkiej Brytanii (Dublin, Glasgow, Liverpool, Londyn, Oxford, Belfast, Nottingham oraz Leeds) odbyły się pikiety solidarnościowe z Polakami zwolnionymi za walkę o swoje prawa; pierwsze protesty miały miejsce już 28 lipca w Dublinie oraz w Poznaniu, kilka dni po zwolnieniu Polaków. 12 sierpnia protestowano w kilku miastach Polski: Warszawie, Poznaniu, Szczecinie i Gdyni. Akcję szeroko komentowała przede wszystkim prasa polska i irlandzka, ale także brytyjska.

Postawa polskich pracowników upominających się o odpowiednie traktowanie, stoi w jaskrawym kontraście z deklaracjami przedstawicieli naszego świata biznesu i polityki. Rzeczą wręcz kuriozalną była wypowiedź dla "Życia Warszawy" Jeremiego Mordasewicza, eksperta Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych. Ostrzegał on na łamach dziennika, że angażowanie się Polaków w spory z zagranicznymi pracodawcami, skończy się źle dla tysięcy rodaków szukających pracy na saksach; że zagraniczne związki zawodowe wpuszczają Polaków w maliny, nakłaniając ich do upominania się o wyższe wynagrodzenia i o zrównanie praw socjalnych z pracownikami danego kraju; że zyskują opinię rozrabiaków, którzy wiele wymagają i chcą podrożyć koszty swojej pracy. Ma to być dla Polaków działanie samobójcze, bo rychło nikt ich ponoć nie będzie chciał zatrudniać. Tego typu wypowiedzi, jak również deklaracje prominentnych polityków w rodzaju słów Marka Belki (dla "Rzeczpospolitej"), że przychodzimy do Europy pracować ciężej, dłużej i za mniejsze pieniądze, czy też Witolda Orłowskiego, doradcy ekonomicznego prezydenta Kwaśniewskiego, wprost zachęcają pracodawców na Zachodzie (a także w Polsce) do wyzysku. Korzystając z tego moralnego poparcia, łamiące prawa pracownicze firmy ani myślą przyznać się do nadużyć i zmienić swoje postępowanie. Pierwszą reakcją Tesco i Graftonu (agencji współpracującej z Tesco) na doniesienia polskich mediów o nieprawidłowościach w Dublinie, było pozbycie się Polaków, którzy ośmielili się wypowiedzieć w prasie na temat warunków pracy oraz grożenie niektórym tytułom (np. "Gazeta Wyborcza", "Dziennik Zachodni") procesami sądowymi. Tak naprawdę usunięcie Polaków z Tesco było bezpośrednią przyczyną międzynarodowej akcji.

Po drugiej stronie barykady, ramię w ramię z pracownikami sezonowymi, powinny - teoretycznie - murem stanąć związki zawodowe. Sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna. Duże centrale związkowe na Zachodzie jak irlandzka SIPTU, brytyjska TGWU, francuska CGT, itd. są zainteresowane, aby w ich szeregach organizowali się pracownicy cudzoziemcy (w tym celu np. zatrudniają mówiących po polsku działaczy) i często wspierają protestujących. Zainteresowanie tematem warunków pracy polskich pracowników na Zachodzie deklarują też "Solidarność" i OPZZ. Jednak w poszczególnych przypadkach, na poziomie zakładów pracy bywa różnie.

W konflikcie z Tesco postawa SIPTU była niejednoznaczna. Najpierw zadeklarowano pomoc; ponad połowa pracowników agencyjnych wstąpiła w szeregi związku. Kiedy jednak walka się zaostrzyła, SIPTU nie przyłączyło się do protestu. Związkowcy się tłumaczyli, że nie mogą poprzeć "nielegalnego protestu", co jest argumentem, w przypadku kiedy chodzi o pracowników cudzoziemców, kompletnie chybionym. Specyfika ich położenia powoduje (zwłaszcza jeżeli pracują "na czarno"), że protesty wybuchają spontanicznie. Poza tym czy może być nielegalnym protest, kiedy jego zarzewiem jest jaskrawe naruszenie praw pracowniczych? Związki zawodowe muszą sobie odpowiedzieć na te pytania zanim w sposób zbiurokratyzowany zaczną reagować na działania pracowników cudzoziemców. Taki styl pracy związkowej na pewno nie rozbudzi i tak już mocno nadwątlonego zaufania do związków zawodowych.

Akcji przeciw Tesco nie poparła także działająca w koncernie "Solidarność". 19 sierpnia w 33 numerze "Tygodnika Solidarność" ukazała się artykuł na ten temat pod tytułem "Wyzysk czy rozgrywka polityczna?". Autor stawia tam zupełnie absurdalną tezę, jakoby cały konflikt był wynikiem rozgrywki pomiędzy związkami zawodowymi i próbą podważenia sojuszu "Solidarności" z innym irlandzkim związkiem USDAW. Z artykułu nie wynika czy chodzi tu o SIPTU, czy brytyjski TGWU. W obu jednak przypadkach twierdzenie "Tygodnika" pozbawione jest sensu. To wprawdzie TGWU głównie wspierał akcję w Wielkiej Brytanii, ale związek ten nie miał absolutnie nic wspólnego z akcją w Dublinie. Kuriozalne jest też to, że w tej przecież związkowej gazecie, na temat protestu w Tesco wypowiadają się pracodawcy zwolnionych Polaków, natomiast nie dano takiej szansy samym poszkodowanym w Irlandii pracownikom.

W sprawach poszczególnych pracowników sezonowych zaangażowały się natomiast małe polskie związki zawodowe: Inicjatywa Pracownicza i Konfederacja Pracy. Inicjatywa Pracownicza prowadzi działania w tym względzie od dwóch lat. Wespół z innymi grupami udało się w tym roku utworzyć Kampanie na rzecz Pracowników Sezonowych i Emigrantów, nawiązano kontakty z zachodnimi związkami zawodowymi, organizacjami i indywidualnymi osobami. To dzięki tej "sieci" radykalnych działaczy, jak też dziennikarzy z "Nowego Robotnika", udało się przeprowadzić międzynarodowy protest przeciwko Tesco w 13 miastach Europy i Polski. W działanie te, na kilku poziomach, zaangażowanych było ok. 10, dużych i zupełnie małych, ugrupowań i środowisk. Nie wykluczone, że protest jeszcze się rozszerzy.

Na tej fali protestów zaczęli się organizować Polacy na Wyspach, zarówno pod egidą TGWU, jak też przebywających na Zachodzie członków Inicjatywy Pracowniczej. Wszystko jest jeszcze w powijakach, ale - jak zapewnia Ewa Jasiewicz z TGWU "budowane są kontakty z ludźmi, którzy są gotowi podjąć organizację większej ilości pikiet i protestów solidarnościowych".

Jarosław Urbański
Artykuł opublikowany był w piśmie "Nowy Robotnik" nr 8/2005